Siedliśmy na mokrych głazach przed kolebą. Pogoda poprawiła z lekka nastroje. Moja towarzyszka patrzyła na mnie nieco śmielej, a nawet przerwała milczenie pytaniem:
- Co to właściwie są za szczyty przed nami?
Trochę się ożywiłem objaśniając jej panoramę górską. Co tu gadać – wielu taterników lubi opowiadać o szczytach, ścianach, drogach, historiach z nimi związanych i ja pod tym względem nie należę do wyjątków.
- To jest Żłobisty, a to Rumanowy Szczyt i jego północno-wschodnia ściana – opowiadałem przechodząc od ogólników do szczegółów. – Widzi pani to wielkie koryto, przerzynające dolne i środkowe partie ściany? Tamtędy idzie droga pierwszych zdobywców, aż pod turnię szczytową – tę w kształcie regularnego trapezu – a potem w prawo, na żebro i na grań wierzchołkową. Ale jest i droga samym środkiem ściany szczytowej, a także całym lewym żebrem. Tę ostatnią zdobyli Chwiaściński, Stanisławski i Wojsznis. Wie pani? – ten sławny Stanisławski, który zginął dwa lata temu na Kościółku, niedaleko stąd. O, za tą granią, w Batyżowieckiej Dolinie. Dalej, na prawo, to wschodnia ściana Ganku, jedna z największych w Tatrach – przeszło 800 metrów wysokości. Widzi pani ten ogromny żleb, którym teraz bije wodospad? To żleb z Gankowej Przełęczy. Ogranicza on wschodnią ścianę z lewej strony. A ta pionowa krawędź w środku ściany – widzi pani? – ta z taką ciemniejszą turniczką w połowie wysokości – to filar Ganku, zdobyty przez Birkenmajera i Kupczyka. Birkenmajer tu później zginął w czasie próby zimowego przejścia. Widzi pani tę bulę u stóp fliara? Wydaje się mała a ma ponad 150 metrów wysokości – tyle, co cała Zamarła Turnia. Birkenmajer i Groński przeszli ten głęboki komin na lewo od buli i biwakowali na siodełku za bulą. Potem próbowali pokonać filar, ale burza śnieżna zmusiła ich do szukania ucieczki ze ściany. Przetrawersowali w prawo - o, tak, jak wiodą te półki trawiaste, które pani widzi – i osiągnęli skraj Galerii Gankowej. Tam Birkenmajer zmarł z wyczerpania…
Z początku słuchała z zainteresowaniem, ale w miarę opowiadania zauważyłem, że wywiera ono efekt zgoła nieoczekiwany. Dla człowieka „niewtajemniczonego”, przybysza z nizin, góry kształtują się początkowo jako jakieś niewyraźne, trudne do odróżnienia, postrzępione kontury grani i jednolite, odstraszające urwiska. Widzenie i dostrzeganie rzeźby ściany, wszystkich żlebów, kominów, kominków, rys, żeber, półek czy zachodów – to już późniejsza sprawa. Sprawa wyrobienia turystycznego i taternickiego.
Tak też było zapewne z moją przygodną towarzyszką. Moja normalna u każdego taternika znajomość szczegółów i szczególików zdumiewała ją, przerażała, wydawała się czymś niemal niesamowitym. Spojrzała na mnie znów z trwogą.
- A właściwie – zapytała – właściwie, to skąd pan zna tak doskonale każdy kamień w tej okolicy?
Wiem, że to, co zrobiłem, było z mojej strony podłe. Wstydzę się tego do dzisiaj, ale okazja okrutnego żartu była zbyt silna, abym mógł się jej oprzeć.
Spojrzałem na nieszczęsną turystkę z bladym uśmiechem, a ręką wskazałem na widoczną stąd w dali południową ścianę Hrubej Turni…
- Bo widzi pani – powiedziałem z wahaniem – od kiedy spadłem na tej oto ścianie – strasznie lubię te strony i ciągle się tu włóczę…
Miałem tego dnia rzeczywiście wyjątkowe szczęście: mogła przecież zemdleć – ale nie zemdlała. Patrzyła tylko na mnie osłupiałym wejrzeniem szaroniebieskich oczu, a usta miała półotwarte od wstrzymywanego krzyku.
Zakończenie wspomnieniowej gawędy kompozytora, poety, człowieka gór, Wawrzyńca Żuławskiego - Pochwała samotności z nieukończonego tomu Skalne lato. Całość (w tym opis kontekstowego wypadku) - na oddzielnej stronce.