Korony

19 sierpień 2008 by basiaacappella

‘Nie troszczcie się aż tak bardzo o korony czeskie, troszczcie się raczej o korony niebieskie’ - pouczał nas po ojcowsku kolega przed wyruszeniem - latem ‘92 - w słowackie Tatry Wysokie.
Nabywanie waluty było przedsięwzięciem poważnym - wszyscy troje mieliśmy na początku sierpnia urodziny: koleżanka i ja - w jednym dniu, kolega - pięć dni wcześniej…

Jak się okazało podczas ’suszenia się’ w schronisku po burzy, jaka nas dopadła pod Sławkowskim Szczytem na samym początku 10-dniowego pobytu - sam nasz mentor zabrał istną Numizmatische Ausstellung; zafarbowane od ciemnego portfela różnowalutowe banknoty zasłały cały duży stół jadalniany…

Teraz korony dokupione, wypasiona mapa laminowana - nabyta drogą kupna; 2×2GB pamięci to efekt urodzinowego urodzaju - na każdą burzę jestem więc przygotowana.
I może znów się uda.

Dwa ostatnie dni przed październikiem. W marzeniach Jaworowa - Przełęcz Lodowa - Pięć Stawów Spiskich - Czerwona Ławka - Staroleśna - Rohatka - Mała Wysoka - Biała Woda…
Może znów się uda… choć nie za bardzo mi się podoba takie chwalenie się przed faktem…

To już lepiej idę… zatroszczyć się o te wszystkie korony…

Zawratowa przewrotka

18 sierpień 2008 by basiaacappella

[...]
NT obsadził swego bohatera Torlina w niewdzięcznej roli. Bo od początku kazał mu popełniać wszystkie możliwe błędy w planowaniu i przeprowadzeniu wycieczki. Dlatego trudno nam pozytywnie wczuć się i zrozumieć poczynania bohatera…

Termin. Nawet niedoświadczonym wiadomo, że sierpniowa niedziela to najgorszy dzień na Morskie Oko, Szpiglasową, Zawrat. Po sobotnich (9.8 ) ulewach, świeżo ‘napłynięci’ do Zakopanego urlopowicze i weekendowicze ruszają w góry ze zwielokrotnioną determinacją… (czasem też – zaślepioną determinacją). I nawet, jeśli przez wszystkie poprzednie pogodne dni ‘robiliśmy’ wyłącznie Cubryny, MSW, Mnichy przez Płytę i podobne – w dzień pański Morskie i Zawrat sobie po prostu darujemy. Zwłaszcza, gdy - bazując parę dni pod Tatrami - mamy możliwości manewru.

Trasa. Odwrotna do komfortowej Od wielu lat ‘myślący turyści’ postulują podczas wspinaczki na Zawrat (i po): zrobić ten szlak jednokierunkowym! Jak choćby słowacka Czerwona Ławka – wejście tylko od Małej Zimnej Wody (skąd trudniej, ale zdecydowana większość turystów wysokogórskich uważa, iż łatwiej, bezpieczniej (i przyjemniej!) pokonuje się trudności w wejściu).
W danym przypadku absolutnie wszystko przemawiało za kierunkiem Zawrat – Szpiglasowa – Morskie Oko. Do Kuźnic można dojść dowolnie wcześnie (nawet przed świtem); potem busy odjeżdżają znacznie częściej, niż do Palenicy; podróż trwa może 10’ (do Palenicy bywa, że ponad 40’ - w weekend, z korkami i jazdą przez Poronin i Bukowinę).
Startujemy więc na najtrudniejszą, Zawratową część wędrówki tak wcześnie, jak się da… Zrzucanych kamieni się nie obawiamy. Łańcuchy są puste lub prawie (a jest różnica pomiędzy wczesnym, ‘jakościowym’ turystą i popołudniowym urlopowiczem). Tak było w super-pogodny poniedziałek 28.7, gdy, po porannym doskoku z samego Krakowa, osiągnęłam Zawrat o 10:20 z jedną tylko mijanką w części ubezpieczonej (‘kompetentny’ i kulturalny pan idący z góry).
Inne plusy tego kierunku: coraz piękniejsze widoki na całe Tatry Wysokie przed oczami a nie za plecami (plus słońce, jeśli ktoś lubi); gospodarowanie czasem wedle uznania: zajście do Schroniska w Piątce, bądź prosto na Szpiglasową Przełęcz z opcją Wierchu lub nawet Liptowskich Murów aż do Wrót Chałubińskiego (Zawracik spina Zawrat i wycieczkę piękną nazewniczą klamrą).

Możemy nadgonić czas (poświęcony na fotkowanie, kąpiele słoneczne, lekturę czy kontemplację natury): i z Zawratu i ze Szpiglasowej w dół sprowadzą nas wygodne ‘ceprostrady’. I wreszcie ostatnie 9 km do Palenicy – wszystko jedno, w jakiej kondycji dojdziemy, boć biegniemy w dół głównie asfaltem (busy kursują z Palenicy do późna i dłużej)… A pod górkę potrafią się te kilometry dać we znaki, zwłaszcza, gdy ktoś weźmie za szybkie tempo a wyruszy późno, gdy legendarne białczańskie słoneczko zacznie przypiekać (jak to chyba zrobił bohater T). Potem przychodzi nieuchronnie zmęczenie i związana z nim irytacja - na najtrudniejszej części, gdzie potrzebne rezerwy fizyczne i mentalne. Podejścia na Zawrat od Piątki nie odczuje średnio sprawny turysta - tak jest łagodne i urozmaicone. A naszemu bohaterowi dało się we znaki… Bo źle gospodarował siłami na samym początku (niezbyt wymagającej wycieczki). Lepiej iść do Morskiego 1h30’, ale mieć rezerwy. Zwłaszcza, gdy się zachowuje na deser to, co najatrakcyjniejsze. (Nb, ja też potrafię dojść w 1h20’… prosto z autobusu z krk… ale nie zawsze wykorzystuję tę ‘umiejętność’).

Zatem – trzy podstawowe błędy Torlina: termin, trasa, tempo.
Przejdźmy do kolejnych… [...]

Kto to jest NT i jakie jeszcze błędy pozwolił popełnić swemu bohaterowi – przeczytają Państwo na specjalnie dedykowanej stronie…

W poszukiwaniu poetyckiego konkretu

16 sierpień 2008 by basiaacappella

Jest to krótki rozdział, być może dlatego, że poezji miłosnej było zawsze dużo na świecie i nie warto dodawać jeszcze kilku kropel do morza. A zresztą nie ta poezja, pisana głównie przez mężczyzn, mnie tutaj interesuje, ale co innego – kobieta w jej cielesności, zwłaszcza opisywana przez nią samą. Były momenty w historii, kiedy kobiety brały czynny udział w życiu literackim i pisały poezję dworską (w Chinach, w Japonii, we Francji szesnastego wieku), i wielkie poetki taką właśnie poezję uprawiały, ale niezbyt często płeć pomagała przezwyciężyć konwencje danego czasu. Dzisiaj natomiast, choć wierszy pisanych przez kobiety, również przez zapalone feministki, jest mnóstwo, takich, które odpowiadają moim kryteriom, znajduję niewiele. Umieszczam kilka przekładów z sanskrytu, jako że w księgarniach Berkeley można natrafić na tomiki angielskich adaptacji również z tego języka. Korzystam z wersji kalifornijskiego poety Steve Kowita.

***

W klasie amerykańskich poetek piszących o swoim ciele umieściłbym Annę Świrszczyńską, tylko że jest ona lepsza od nich i na próżno staram się zrozumieć powody jej niedoceniania w Polsce. Czy jest zanadto brutalna? Ale przecie różne brutalności i turpizmy poetom płci męskiej uchodziły. Czy może wkroczyła na teren zastrzeżony, od którego wara feministkom? Nie wiem.

Anna Świrszczyńska
Dziękuję ci losie
Napełnia mnie wielka pokora,
napełnia mnie wielka czystość,
kocham się z moim miłym,
jakbym kochała się umierając,
jakbym kochała się modląc,
łzy oblewają
moje ramiona i jego ramiona,
nie wiem, czy to radość,
czy smutek, nie rozumiem
tego co czuję, niczego nie rozumiem, płaczę,
płaczę, pokora,
jakbym już była umarła,
wdzięczność, dziękuję ci, losie,
nie jestem godna, jakie piękne
jest moje życie.

***

Nie tracę nadziei, że z samego wyboru tekstów czytelnik wyciąga swoje wnioski, niezależnie od moich jawnie wyłożonych przekonań. Innymi słowy, że przeziera tutaj mój stosunek do poezji, inny niż dość powszechnie przyjęty. W skrócie można by to nazwać poszukiwaniem konkretu, chociażby gdzieś w dawnych Indiach. Polskie poetki tak nie pisały

Z sanskrytu
Kiedy przycisnął usta
do moich ust
węzeł sam się rozwiązał.
Kiedy ustami
dotknął mojej szyi,
suknia ześlizgnęła się w dół,
tyle wiem – ale
kiedy usta jego poczułam na piersi,
wszystko, przysięgam,
nawet jego imię
tak się pomieszało,
że dotychczas,
drodzy przyjaciele,
nie potrafię opowiedzieć,
jakie potem rozkosze
otrzymałam w darze,
ani od kogo.

Czesław Miłosz, Wypisy z ksiąg użytecznych. Znak 1994. Wstęp i dwa skomentowane przykłady z rozdziału ‘Skóra kobiety’, s 247 i n.

Poezja jako środek samokontroli

14 sierpień 2008 by basiaacappella

Nie jestem zwolennikiem zbyt subiektywnej sztuki. Moja poezja była dla mnie środkiem samokontroli. Mogłem na niej badać, gdzie przebiega linia, za którą fałszywość tonu dowodzi fałszywości postawy – i starać się linii tej nie przekroczyć. Doświadczenia lat wojny nauczyły mnie, że nie należy brać do ręki pióra po to tylko, żeby innym komunikować swoją rozpacz i swoje wewnętrzne rozbicie – bo to jest towar tani, na którego wyprodukowanie trzeba za mało wysiłku, aby wykonując podobną czynność czuć do siebie szacunek; ktokolwiek widział milionowe miasto obrócone w proszek, kilometry ulic, na których nie zachował się żaden ślad życia, nawet kot, nawet pies bezdomny – ten z ironią przypomniał sobie opisy wielkomiejskiego piekła u współczesnych poetów – w rzeczywistości piekła ich duszy. Prawdziwa „ziemia jałowa” jest o wiele straszniejsza od wyimaginowanej.

Czesław Miłosz (30.06 1911 – 14.08 2004), Zniewolony umysł. KAW 1989, s. 221

Namiastki?

13 sierpień 2008 by basiaacappella

Można by o tym wczorajszym popołudniu napisać jako o przykładzie poprzestawania na małym i jeszcze mniejszym: jeśli wypad na żagle na Jeziorze Żywieckim to dla wielu namiastka rzeczy samej – zabawę w żeglowanie na Kryspinowie, bajorku powyrobiskowym pomiędzy miastem a lotniskiem w Balicach, można określić jako… Anglicy powiedzieliby ‘a travesty’.

Albo zobaczyć same plusy: pół dnia do dyspozycji, szybki doskok do celu, niezłe warunki, wymęczenie się ‘do oporu’. I olśnienie – tak blisko a tak wspaniale.

Może to tylko efekt braku jakichkolwiek oczekiwań… a także zaskoczenia kontrastem dusznego miasta i spraw jego, oraz bryzą i przestrzenią… tuż za obwodnicą autostradową, jeszcze zanim zdążyliśmy się ‘nastawić’ na błogostan z nimi związany?

A może memento: chwytaj dzień, godziny, momenty piękna; chwytaj zdrowie, radość, życzliwość; rozdaj, wymieniaj, magazynuj na przyszłość…

***

Tylko zdjęć na razie nie będzie – brakło czasu na ich ‘egzekucję’.
Co uświadomiło mi z całą mocą, że piękna mojego miasta i bliskich okolic nie próbowałam jeszcze pokazać z perspektywy dwóch ulubionych celów rowerowo-rolkowych: Tyńca i Kryspinowa właśnie. (Oraz wielu dalszych, kiedyś przecież tak często nawiedzanych na rowerze – skałek i dolinek jurajskich).

Wciąż jakieś zaległości do nadrobienia.

Słowa na wiatr?…

12 sierpień 2008 by basiaacappella

Whatever the truth, the diplomatic response from the outside world to this crisis, in particular from the United States, has been woeful. Leaving aside the wisdom of encouraging President Saakashvili’s ambitions to join Nato, the manner in which the West has reacted to the sudden flare-up of hostilities has been largely counter-productive. The decision to airlift Georgian troops back from Iraq to join the conflict was a clear signal from the United States that it is backing Georgia in this fight. And the condemnation of Russian “aggression” from the US Vice-President, Dick Cheney, yesterday rammed the point home. What hope is there that the White House can help to be an honest broker of a ceasefire now?

There is an absence of realism here. The US, let alone Europe, is never going to go to war with Russia in defence of Georgian sovereignty. Russia holds too many geopolitical cards – from control of energy supplies to its central role in negotiations over Iran – for Western threats to be credible. Talking up the conflict is foolish. What the crisis needs is firm diplomatic pressure on both sides to cease hostilities, not the championing of one party. The best that can be hoped for in the immediate term is a European Union-brokered ceasefire and at least a temporary re-freezing of the South Ossetian issue.

Ponad połowa dzisiejszego leadera Independenta Careless talk can cost lives

Od kiedy spadłem na tej oto ścianie…

11 sierpień 2008 by basiaacappella

Siedliśmy na mokrych głazach przed kolebą. Pogoda poprawiła z lekka nastroje. Moja towarzyszka patrzyła na mnie nieco śmielej, a nawet przerwała milczenie pytaniem:
- Co to właściwie są za szczyty przed nami?

Trochę się ożywiłem objaśniając jej panoramę górską. Co tu gadać – wielu taterników lubi opowiadać o szczytach, ścianach, drogach, historiach z nimi związanych i ja pod tym względem nie należę do wyjątków.

- To jest Żłobisty, a to Rumanowy Szczyt i jego północno-wschodnia ściana – opowiadałem przechodząc od ogólników do szczegółów. – Widzi pani to wielkie koryto, przerzynające dolne i środkowe partie ściany? Tamtędy idzie droga pierwszych zdobywców, aż pod turnię szczytową – tę w kształcie regularnego trapezu – a potem w prawo, na żebro i na grań wierzchołkową. Ale jest i droga samym środkiem ściany szczytowej, a także całym lewym żebrem. Tę ostatnią zdobyli Chwiaściński, Stanisławski i Wojsznis. Wie pani? – ten sławny Stanisławski, który zginął dwa lata temu na Kościółku, niedaleko stąd. O, za tą granią, w Batyżowieckiej Dolinie. Dalej, na prawo, to wschodnia ściana Ganku, jedna z największych w Tatrach – przeszło 800 metrów wysokości. Widzi pani ten ogromny żleb, którym teraz bije wodospad? To żleb z Gankowej Przełęczy. Ogranicza on wschodnią ścianę z lewej strony. A ta pionowa krawędź w środku ściany – widzi pani? – ta z taką ciemniejszą turniczką w połowie wysokości – to filar Ganku, zdobyty przez Birkenmajera i Kupczyka. Birkenmajer tu później zginął w czasie próby zimowego przejścia. Widzi pani tę bulę u stóp fliara? Wydaje się mała a ma ponad 150 metrów wysokości – tyle, co cała Zamarła Turnia. Birkenmajer i Groński przeszli ten głęboki komin na lewo od buli i biwakowali na siodełku za bulą. Potem próbowali pokonać filar, ale burza śnieżna zmusiła ich do szukania ucieczki ze ściany. Przetrawersowali w prawo - o, tak, jak wiodą te półki trawiaste, które pani widzi – i osiągnęli skraj Galerii Gankowej. Tam Birkenmajer zmarł z wyczerpania…

Z początku słuchała z zainteresowaniem, ale w miarę opowiadania zauważyłem, że wywiera ono efekt zgoła nieoczekiwany. Dla człowieka „niewtajemniczonego”, przybysza z nizin, góry kształtują się początkowo jako jakieś niewyraźne, trudne do odróżnienia, postrzępione kontury grani i jednolite, odstraszające urwiska. Widzenie i dostrzeganie rzeźby ściany, wszystkich żlebów, kominów, kominków, rys, żeber, półek czy zachodów – to już późniejsza sprawa. Sprawa wyrobienia turystycznego i taternickiego.

Tak też było zapewne z moją przygodną towarzyszką. Moja normalna u każdego taternika znajomość szczegółów i szczególików zdumiewała ją, przerażała, wydawała się czymś niemal niesamowitym. Spojrzała na mnie znów z trwogą.
- A właściwie – zapytała – właściwie, to skąd pan zna tak doskonale każdy kamień w tej okolicy?

Wiem, że to, co zrobiłem, było z mojej strony podłe. Wstydzę się tego do dzisiaj, ale okazja okrutnego żartu była zbyt silna, abym mógł się jej oprzeć.

Spojrzałem na nieszczęsną turystkę z bladym uśmiechem, a ręką wskazałem na widoczną stąd w dali południową ścianę Hrubej Turni…
- Bo widzi pani – powiedziałem z wahaniem – od kiedy spadłem na tej oto ścianie – strasznie lubię te strony i ciągle się tu włóczę…

Miałem tego dnia rzeczywiście wyjątkowe szczęście: mogła przecież zemdleć – ale nie zemdlała. Patrzyła tylko na mnie osłupiałym wejrzeniem szaroniebieskich oczu, a usta miała półotwarte od wstrzymywanego krzyku.

Zakończenie wspomnieniowej gawędy kompozytora, poety, człowieka gór, Wawrzyńca Żuławskiego - Pochwała samotności z nieukończonego tomu Skalne lato. Całość (w tym opis kontekstowego wypadku) - na oddzielnej stronce.

Środek lata!

5 sierpień 2008 by basiaacappella

Zgodnie z tradycją tych dni – za 2-3 godziny pozwolę się uwieść (-źć) rzeczywistości w rejony całkowicie bezkomputerowe.
Ona (rzeczywistość) co prawda mówi, że a nuż…

…jeśliby jednak nie –
- do spotkania z Państwem na początku przyszłego tygodnia!
(Na ‘samym’ początku, ale - gdyby coś się zmieniło w tym względzie – postaram się dać sygnał. Na przykład na komórkę Realowego Odpowiednika PAKa).

W ramach ciekawostkowej rekompensaty pozwalam sobie ofiarować Państwu rzeczy, które od dawna domagały się z mojej strony pewnej atencji:

1.Pocztówkę znad Tamizy, wreszcie udostępnioną (częściowo) online. Choć nie tam, gdzie miała być, a na ‘zwykłym’ blogu.
‘Dzięki’ niesłowności kontrahenta (i – przez to - wolnym kilku godzinom w niedzielę tudzież w poniedziałek) jakieś 30% pracy już za mną… - albo i mniej; wkładanie mediów zajmie nieco czasu.
Archiwizacja formy już zamkniętej, choć… może skończę 2-3 rzeczy, które się nie przedawniły – i dodam je, mimo, iż nie zostały w swoim czasie rozesłane.

2. formę bardziej pojemną – rzecz pomyślaną jako nieregularnik multimedialny, lekko artystyczny, osobisty, przyziemny, westchnieniowo-lirycznawy…
Zobaczymy… Teatr mój widzę ogromny; na szczęście czas będzie najlepszym ogranicznikiem tych pomysłów i zapędów.

3. Pole Position. Wywiązanie się rzutem na taśmę z obietnicy danej rok temu londyńskiej Znajomej – by ‘wreszcie’ zacząć pisać dla uniwersalnego czytelnika. Nic, że w blogu jeszcze prawie niczego nie ma – ważne, że został założony…

Do rychłego poczytania!
Basia

Dam Ci serce szczerozłote, dam konika cukrowego…

W chórze profesjonalnie dźwięcznych koloratur

5 sierpień 2008 by basiaacappella

Drobnomieszczańskie cnoty

Ta bezbrzeżna, zalana, lirycznie-bokserska
pogarda w oczach artysty J., gdy się przysiadał w „Smakoszu”,
zionąc nieogolonym, trzydniowym podmuchem:
jak to, ja pod krawatem, kiedy on pod muchą,
ja skrępowany, zapięty, gdy on ostatnią z koszul
rozrywa jak krwawiącą pierś! Filisterski brak serca!

Drobnomieszczańskie cnoty. Ja wiem, ja się ich wstydzę,
od lat poniżej poziomu: co za blamaż, nie mieć w biografii
ani jednego rozwodu, dewiacji, większego nałogu,
kuracji psychiatrycznej, burzliwego romansu na boku,
pełnokrwistego podcięcia żył; jakieś szare gafy
zamiast tęczowych skandali; chandry trwające z tydzień,

zamiast żeby z szacunkiem szeptano: „B. ma potworne
wielomiesięczne kryzysy”; żadnego dzwonienia po nocy
do przyjaciół z żądaniem wysłuchania nowego wiersza,
pożyczki na heroinę czy kaucję, znalezienia w ich życiu miejsca
na mnie, całego; nic – czasem list, lecz bez krzyku „Pomocy!”,
najwyżej z aluzją typu: „Ostatnio jestem w złej formie”.

Ja wiem, to nie materiał na mit, kult, legendę,
film z Robertem De Niro, tłuczeniem szkła i scenami.
W którym momencie zszedłem, nieuleczalny prymus,
na tę złą drogę? Skąd ten chorobliwy przymus,
aby udawać zdrowie, ustawiać przed zniszczeniami
barierki i makiety? Z pewności, że nie będę

i tak słyszany ze swoją zdławioną supliką do nikąd
w chórze profesjonalnie dźwięcznych koloratur
skowytu? Z nieśmiałości? Z nie do zniesienia jaskrawej
świadomości, że trzeba by, na dobrą sprawę,
w każdej sekundzie życia powtarzać to samo „ratuj”?
Z niechęci do zakłócania spokoju ratownikom
czy z krańcowej niewiary w ich ratownicze talenty?

Z pychy: że dam sobie radę z upchniętym do wnętrza złem?
Czy z innej pychy: kogoś, kto jest tak niedościgłym mistrzem
własnych braków i mroków, że nie wciąga w ich system zamknięty
nikogo, igrając z myślą: och, gdybym tak zdradził, co wiem;
gdybym chciał wam powiedzieć to wszystko, o czym milczę?

Od dwudziestu lat mój ulubiony wiersz Stanisława Barańczaka, z tomu Widokówka z tego świata, 1988.

Kto się boi…

4 sierpień 2008 by basiaacappella

…nie tylko tatrzańskich perci

- A wiesz ciociu, pierwszy raz mogłem się powyśmiewać z mamy, tak się bała tych wszystkich perci…
- Nieprawda, wcale się nie bałam! Tylko dlatego, że byłam z wami… gdybym była sama…
- Nieprawda, bałaś się i to bardzo… nawet nad brzeg przepaści nie chciałaś podejść… a ja się niczego nie bałem, ani spojrzeć w dół, ani niczego… po prostu niczego!

[po kwadransie]

- Ale te percie to są jednak trochę groźne… niedużo, ale jednak trochę…

W drodze powrotnej do Krakowa. Dziewięcioletni chłopiec, wracając z mamą i młodszym bratem z wycieczki, relacjonuje ją cioci (która dołączyła w Zakopanem i obdarowała dzieci książeczkami GOT (Górskich Odznak Turystycznych).

***

To wszystko dzieje się w głowie – myślisz podczas (jak to ujął Krygowski) ‘wspinaczki po tęczy’. Gdy coraz wyraźniej widzisz przepaście, mimo, iż lat i doświadczenia przybywa a wzrok powinien – teoretycznie – zacząć łagodzić kontury i kontrasty.

Trudno - to siedzi w mojej głowie - zrezygnowana, cofasz się sprzed ostatniego ‘problemowego’ progu przed szczytem… bo masz na dole dwoje niepełnoletnich dzieci.

Nie, przecież tak czy owak nie zatrzymam ich w inkubatorze, zresztą mnie w ich wieku też zabierano na Zawrat, Kozi, Trzy Korony… Ale jakże inaczej pracuje wyobraźnia, gdy widzisz go, jak pnie się przed tobą do góry… i co będzie, jeśli się poślizgnie, źle chwyci, albo hak łańcucha będzie poluzowany.

To wszystko tylko moja głowa, ale z dziećmi na ten twój piękny Zakrzówek bym nie poszedł.

Przecież tak czy owak muszę się trzymać własnego pasa, that’s it i cześć pieśni! – więc czemu troszkę nieswojo w mojej głowie, gdy wiozę rodzinę z włoskich wakacji przez Europa Brücke?…